środa, 3 czerwca 2015

Rozdział 5

Już dwa dni po 'wykonaniu' poprzedniego zlecenia, Harley miała pełne ręce roboty. Co prawda Bay nie zadzwonił z kolejnym zadaniem, ale pojawił się nowy problem: przyjęcie niespodzianka dla Vee. 
 
Przygotowania szły pełną parą, ponieważ dziewczyna obchodziła urodziny już za trzy dni, a cała ekipa zabrała się do pracy trochę za późno, co wywoływało ciągłe nerwy.
 
Harley była odpowiedzialna za załatwienie tortu i wszystkich dekoracji, w czym odnajdywała się zaskakująco dobrze. Huffman przejęła też rolę koordynatora działań po tym, jak okazało się, że Calum nie był w stanie wszystkich ogarnąć. Dzięki przejęciu dowództwa prace nad przedsięwzięciem zakończyły się idealnie na czas.
 
Przyszła pora na finał całego planu.
 
Był środek września, wiosna dopiero się zaczęła, a Vee miała urodziny. Piętnasty wypadał w weekend, więc ani uczestnicy, ani organizatorzy nie musieli się martwić o pracowanie lub naukę na kacu następnego dnia.
 
Oczywiście H to zwisało, i tak urlop kończył się dopiero we wtorek.
 
Ashton w zasadzie też miał to w nosie, przecież nie miał pracy, a studentem też nie był. Co prawda matka cały czas powtarzała mu, że musi w końcu zacząć brać odpowiedzialność za siebie, ale jemu się do tego nie spieszyło.
 
Wracając, plan działania był następujący: Calum miał pójść po Vee, a w gestii całej reszty leżało dopięcie wszystkiego na ostatni guzik, co było trudne do zrealizowania nawet z Harley za sterami. Powód? Rozgarnięcie chłopaków. Michael co chwila się rozpraszał znajdując sobie tysiąc innych zajęć, Luke wkurzał się na Michaela, a Ashton cały czas znajdował powód do żartów. Po jakimś czasie Huffman miała zdecydowanie dosyć tempa, w jakim szła prace, więc skończyło się na reprymendzie wygłoszonej chłodnym i opanowanym głosem, co zmotywowało chłopaków do pracy bardziej niż zrobiłby to emocjonalny krzyk. Poza tym Harley doskonale wiedziała jak przekupić znajomych do skupienia się na pracy, Gdy powiedziała, że jeśli jej nie pomogą, to nie zamówi pizzy na imprezę, cała trójka od razu wzięła się do roboty.
 
Tym sposobem wszystko było gotowe na około piętnaście minut przed ustalonym przybyciem Vee, więc H miała wystarczająco dużo czasu, żeby przebrać się w coś bardziej pasującego na imprezę, co oczywiście przyniosła ze sobą.
 
Wybranym w domu strojem była biała koszula na długi rękaw dopasowana do czarnych, obcisłych spodni z wysokim stanem. Oczywiście H nie zamieniła czarnych trampek na szpilki, wtedy byłoby jej niewygodnie tańczyć. I tak nie zamierzała nawet wchodzić na parkiet, ale zdawała sobie sprawę z tego, że z takim towarzystwem to nigdy nic nie było wiadome.
 
Korzystając z tego, że po przebraniu dziewczynie zostało jeszcze trochę czasu, nałożyła na twarz trochę podkładu, pudru, zrobiła sobie kreski eyelinerem oraz pociągnęła rzęsy tuszem. Dopiero wtedy wyszła z łazienki tylko po to, by przekonać się, że wszystkie światła są już zgaszone, zaproszeni goście także się już zeszli, a Ashton czekał na wyznaczonej pozycji z tortem. Oznaczało to, że Calum przed chwilą napisał sms-a do któregoś z nich, iż Vee za chwilę miała się pojawić. Harley szybko przemknęła do sypialni Victorii, rzuciła swoje rzeczy na łóżko dziewczyny, wyszła zamykając za sobą drzwi i stanęła z tyłu tłumu tak, żeby nie rzucać się w oczy. Dosłownie dwie sekundy po tym, jak Huffman zajęła swoje miejsce, drzwi do mieszkania otworzyły się, Calum zapalił światło i zaczął się armageddon. Wszyscy zaczęli śpiewać Sto Lat przekrzykując się nawzajem, ktoś odpalił konfetti, generalnie było głośno i chaotycznie. Przez ten cały czas Victoria stała oniemiała, a oprzytomniała dopiero wtedy, gdy goście skończyli śpiewać, co było niewysłowioną ulgą dla H.
 
Po pomyśleniu życzenia i zdmuchnięciu świeczek impreza się zaczęła. Za muzykę odpowiadał DJ, którego ściągnął jeden z gości i nikt nie pytał, skąd go wytrzasnął, a alkohol lał się strumieniami.
 
W tamtym momencie Harley zaczęła dziękować za swoją wysoką tolerancję alkoholu.
 
Wszyscy bawili się doskonale, a Huffman siedziała na sofie od czasu do czasu ruszając się po ponowne wypełnienie jej plastikowego kubeczka czymś do picia. Dziewczyna wiedziała, że musiała wyglądać żałośnie siedząc w kącie i pijąc samej, ale nie obchodziło jej to. Naprawdę ciężko było sprawić, żeby Harley Huffman czymś się przejęła.
 
Jednak H jeszcze nie wiedziała, że zakładając trampki podjęła słuszną decyzję.
 
Gdy w salonie rozbrzmiały pierwsze dźwięki jakiejś skocznej piosenki, której dziewczyna nie była w stanie rozpoznać, nagle u jej boku pojawił się Irwin, który, nawiasem mówiąc, trochę już wypił.
 
- Harley, chodź, co tak siedzisz sama?
 
- Może dlatego, że nie lubię tańczyć? - było to wierutnym kłamstwem. H uwielbiała tańczyć, ale nie przy ludziach.
 
- Ta, jasne. Wstawaj i przestań się wygłupiać, wszyscy tańczą. - chłopak stwierdził pewnie biorąc Huffman pod ramię i ciągnąc ją w stronę prowizorycznego parkietu. Harley tylko wzruszyła ramionami, po czym dała się przekonać, jeśli można to tak nazwać. Po prostu nie miała ochoty na prowadzenie dysputy z Ashtonem.
 
Gdy Harley już znalazła się w kręgu osób, które mniej więcej znała, mogła się trochę rozluźnić. 
Alkohol też robił swoje. To, że H miała mocną głowę jeszcze nie czyniło z niej osoby, której napoje procentowe w ogóle nie ruszają.
 
W ten sposób Huffman zaczęła tańczyć.
 
Dziewczyna bawiła się całkiem dobrze przez kolejne trzy piosenki, po których rozkręciła się na dobre.
 
Ta radość dziewczyny trwała aż do momentu, w którym z głośników rozbrzmiały pierwsze dźwięki piosenki "Grand Theft Autumn" zespołu Fall Out Boy. Utwór był stary, został wydany w 2003, a do tańczenia też średnio się nadawał, więc tak w zasadzie to nikt nie wiedział, po co go puszczono.
 
W każdym razie w tym momencie skończyła się dobra zabawa Huffman. Dziewczyna wyszła z mieszkania bez słowa. Gdy znalazła się na korytarzu od razu skierowała się do klatki schodowej, gdzie schodziła w dół tak długo, aż wszelkie dźwięki z imprezy przestały do niej docierać. Ściany były brudne i pomazane, a same schody lepiły się od wylanych napoi, ale H chodziły po głowie ważniejsze rzeczy.
 
Harley usiadła na zimnym stopniu, wyciągnęła z kieszeni spodni papierosa razem z zapalniczką, podpaliła szluga i zaciągnęła się cienkim przedmiotem. Normalnie nie paliła, ale zawsze nosiła w spodniach jednego papierosa, tak na wszelki wypadek.
 
Dziewczyna nie mogła się uwolnić od wspomnień wywołanych puszczoną piosenką.
 
Wspomnień, które od dwudziestego trzeciego grudnia dwutysięcznego trzeciego roku nie dawały jej spokoju i konsekwentnie wracały.

 
Była Wigilia Bożego Narodzenia. W domu Huffmanów cały dzień trwały przygotowania do świąt, które mieli spędzić wspólnie. Dziewięcioletnia wtedy Harley wyszła na dwór dosyć wcześnie, chcąc uniknąć rodziców, którzy jak zawsze w ten jeden dzień byli poddenerwowani. Jej rodzeństwo zostało, żeby pomagać, ale ona miała lepsze zajęcia.
 
Dziewczynka wędrowała po ulicach Sydney przez prawie cały dzień. Wiedziała, w które dzielnice nie należało chodzić, mama zawsze jej to powtarzała. Brązowe włosy spięte w dwa kucyki wesoło podrygiwały przy każdym jej ruchu.
 
Harley wróciła do domu dopiero o siedemnastej, zapamiętała, że o tej porze zawsze zaczynała się ubierać w odświętną sukienkę, żeby zasiąść do kolacji wigilijnej.
 
Gdy mała Harley weszła do domu starała się zachowywać cicho, w końcu nie chciała awantury o to, że się wymknęła. Ostrożnie przeszła obok kuchni, ale coś jej nie pasowało. Nikt nie krzątał się po domu, co zaniepokoiło dziewczynkę. W ten konkretny dzień wszyscy powinni wyłazić ze skóry i uwijać się jak w ukropie.
 
Tymczasem panowała martwa cisza.
 
Harley weszła po schodach i niemalże od razu skierowała się do pokoju rodziców, by sprawdzić, czy wszystko w porządku. Może po prostu położyli się na chwilę i zasnęli?
 
Dziewięciolatka powolutku otworzyła drzwi do sypialni, żeby przypadkiem nie obudzić rodziców.
 
Gdy już weszła do pokoju, stanęła jak wryta.
 
Na łóżku leżeli mama i tata, ale nie spali.
 
Nóż wbity aż po samą rękojeść sterczał z klatki piersiowej każdego z nich. Pościel została zabarwiona na czerwono od już zaschniętej krwi, kilka kropel spadło na biały dywan.
 
Mała Harley patrzyła się na to wszystko z przerażeniem w swoich dużych, szarych oczach.
 
Na komodzie w pokoju stało małe radio, z którego sączyła się jedna melodia. Cichutko, urządzenie zostało ściszone prawie do oporu.
 
Radio wygrywało dźwięki "Grand Theft Autumn".

 
*
 
Od razu po tym, jak Harley wybiegła z mieszkania, Ashton przepchał się przez tłum, co zajęło mu trochę czasu, i zaczął szukać dziewczyny. Zanim wpadł na to, że może być na klatce schodowej, upłynęło trochę czasu. Jednak kiedy Irwina już oświeciło, od razu zaczął zbiegać po schodach.
 
Znalazł ją dopiero na drugim piętrze. Siedziała na tych brudnych schodach z papierosem w ręku i głową odchyloną do tyłu. Z ust wydmuchiwała dym w kształcie małych kółek. Ash podszedł do niej spokojnym, aczkolwiek trochę chwiejnym krokiem i przysiadł się do dziewczyny. Ta nawet na niego nie spojrzała.
 
- Dlaczego tak nagle wyszłaś z imprezy? - w odpowiedzi nie usłyszał nic, więc zadał kolejne pytanie 
 
- To przez tą piosenkę, tak?
 
- Ashton, jeśli oczekujesz ode mnie, że po mniej niż dwóch tygodniach znajomości powiem ci, dlaczego wyszłam i co się stało to się grubo mylisz, okej? - H odpowiedziała chłodnym tonem zwracając swoje spojrzenie na Irwina wiedząc, że jeśli nie udzieliłaby jakiejkolwiek odpowiedzi, ten zadawałby pytania do upadłego. Ash zauważył, że jej oczy nie wyrażały żadnych emocji. Były puste jak jezioro podczas suszy.
 
- Okej, jasne.
 
- Zajebiście się cieszę, że się zrozumieliśmy. - po słowach H nastała dłuższa chwila niezmącona ani jednym dźwiękiem pomijając odgłosy zza okna. Dopiero po tym, jak Huffman wypaliła papierosa do końca, odezwała się ponownie.
 
- Idę do domu. Nawet nie próbuj proponować odprowadzenia mnie, poradzę sobie. Wiem, że zostawiłam ubrania u Vee, ale w tym momencie chuj mnie to obchodzi, wrócę po nie jutro. Cześć. - H wypowiedziała wszystko opanowanym tonem uprzedzając wszystkie ewentualne pytania Irwina, po czym rzuciła peta na podłogę, zgniotła go butem i wsadzając dłonie do kieszeni spodni zeszła pozostałe dwa piętra po schodach wychodząc z budynku. Dziewczyna szła w ciszy pogrążona we własnych myślach.
 
Gdy dotarła do własnego mieszkania było już grubo po drugiej w nocy. Pierwszym, co zrobiła po przejściu przez próg było oparcie głowy o drzwi. Miała dosyć tego wszystkiego, serdecznie dosyć.
Westchnęła ciężko, po czym stanęła prosto i weszła do salonu, gdzie walnęła się na kanapę. Uniosła prawą rękę do swoich włosów, które najpierw zaczęła przeczesywać palcami, a potem nerwowo ciągnąć ku górze.
 
Huffman nie za bardzo wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Miała ochotę coś rozwalić, ale pod ręką miała same cenne rzeczy, których niszczenia wolałaby uniknąć.
 
Po pół godzinie bezczynnego leżenia nie wytrzymała.
 
Złapała lampę stojącą niedaleko sofy, wyrwała ją z kontaktu i cisnęła nią o przeciwległą ścianę wydając przy tym z siebie jęk desperacji i wściekłości. Po tej krótkiej destrukcji, której dokonała, poczuła się o wiele lepiej, ale z kanapy wstała dopiero po kolejnej pół godzinie. Wtedy poszła do łazienki, zmyła makijaż, wzięła zimny prysznic, przebrała się w pidżamę i wyszła na balkon z kolejnym papierosem w jednej dłoni i z różańcem w drugiej.
 
Nie interesowało ją to, że dopiero co umyła włosy, a na dworze było chłodno. Przesiedziała na leżaku wystawionym kiedyś na balkon pół nocy, po prostu siedząc, okręcając różaniec między palcami i patrząc na miasto, w którym spędziła całe swoje życie.
 
Miała ochotę na chwilę przestać istnieć, ale wiedziała, że to nie było możliwe. Umrzeć nie chciała, za bardzo przywiązała się do życia.
 
Nie chciała też zapomnieć. Wspomnienia napędzały ją do działania, wyznaczały cel, który chciała zrealizować.
 
I dlatego o piątej nas ranem, kiedy słońce już powoli wschodziło, Harley Huffman wstała z leżaka, weszła do salonu i usiadła przy komputerze mając w głowie tylko jedno.
 
"Muszę dotrzeć do celu.".